Czy naprawdę potrzebujemy coraz więcej regulacji, żeby chronić środowisko? A może – paradoksalnie – nadmiar ambicji i raportowania prowadzi do efektu odwrotnego od zamierzonego? W świecie ESG coraz częściej rozmawiamy językiem haseł, nie danych.
Środowisko specjalistów od ESG ma zgrzyt z UE. Bo ostatnio Parlament Europejski opóźnił wejście w życie ogromnego pakietu regulacji (tzw. Omnibus – patrz tu – czyt. zdecydował, że duże obciążenie przedsiębiorców polegające na dodatkowych raportach zostanie odsunięte w czasie (przynajmniej na razie).
Organizacje już wcześniej sprzeciwiały się ułatwieniom w zakresie raportowania. A specjaliści z naszego podwórka uważają, że takie odsuwanie regulacji to nic innego jak zgoda na szkody (odnoszę się do ostatniego wpisu Agata Szafraniuk – patrz tu.
Co ja na to? Trzeba deregulować, a gros raportowania ESG jest do niczego niepotrzebne (czy brzmi dość kontrowersyjnie?).
Ale zamiast rzucania kamyczkami, zróbmy z tego rozmowę o tym, czy rzeczywiście potrzebujemy nowych regulacji. Bo uważam, że Ty też czujesz przez skórę, że nie, nie potrzebujemy. Raczej jest tak, że UE (w tym PL) już dawno przegięła z regulacjami. Tylko po prostu nie chcesz się wychylić z takim poglądem (bo po co, skoro nie ma klimatu do merytorycznych dyskusji?). Zróbmy klimat i porozmawiajmy.
Dyskusja zaczyna się dopiero tam, gdzie aktywiści ją kończą
Nie ma zgody na szkody w środowisku – tak można podsumować stanowisko aktywistów i środowisk ESG (cytuję z ww. postu Agaty Szafraniuk). Czy to jest błędny slogan? Czy ktokolwiek chciałby szkodzić środowisku? Odpowiedź nasuwa się sama – „jasne, że nie!”. Wydaje się więc, że to grono ESG i aktywiści mają rację i dlatego powinno się tworzyć przepisy pod ich dyktando.
Ale to pokazuje, że środowisko ESG i aktywiści nie zachowują się jak realiści i dlatego błędem jest oddawać im stery gospodarki.
Widzisz, w rzeczywistości wszyscy zgadzamy się na szkody w środowisku (tak, Ty też). Nawet jeśli w sferze deklaracji stawiasz to inaczej, to czynnie godzisz się na szkody dla środowiska. Robisz to w chwili kupowania żywności, włączenia smartfona czy odkręcenia kranu, że o korzystaniu ze środków transportu nie wspomnę (rozumiesz przecież, że to wszystko pociąga zasoby, tworzy emisje lub kogoś marginalizuje?). Dlatego najlepsze, co możesz dostać, to optymalny stosunek szkód do korzyści, jakie osiągasz z tych szkód.
Krzywe zwierciadło, na jakie (niestety) się godzimy
Wiem, że mało politycznie jest powiedzieć „tak, chcę szkodzić środowisku, ale chcę szkodzić optymalnie” – nawet jeśli to prawda. I dlatego przekaz mainstreamowy skraca się do – karykaturalnego – „mamy przestać szkodzić w ogóle!”. Wobec tak nierealnych ram dyskusji całe to raportowanie środowiskowe staje się krzywym zwierciadłem marzeń, wizji i tzw. ambitnych celów. Zwierciadło jest tak krzywe, że jeśli dziś słyszysz o ambitnych celach, to już możesz (z dużym prawdopodobieństwem) założyć, że mowa jest o celach oderwanych od rzeczywistości (sorry not sorry).
Podam Ci przykład: rolnictwo. Przyjęło się bić w rolnictwo za to, że niszczy środowisko (bo pestycydy, bo zniszczenie gleb, bo zanieczyszczenia wód).
Dla jasności: nie można mówić, że rolnictwo jest tylko bezpieczne dla środowiska, bo nie jest (rolnictwo i całe otoczenie przetwórstwa, transportu, sprzedaży, marketingu i Bóg jeden wie, co jeszcze). Ale w zamian za szkody z rolnictwa masz pełną lodówkę i nie musisz pracować w polu na własne wyżywienie, bo możesz pozyskać żywność za względnie niewielkie pieniądze w sklepie.
Więc jeśli chcesz porozmawiać o rolnictwie tak, jak to robią realiści, to musisz pytać „OK, to ile np. nawozów lub pestycydów zużywamy na hektar w UE… a ile zużywa się w innych krajach”? Albo możesz też zapytać o szerszy kontekst – ten społeczny – i np. zapytać „ile pieniędzy dostaje pracownik polowy w UE… a ile w innych krajach?”. I tym dopiero edukować dyskusję o regulacjach (i o tym, czy są w ogóle potrzebne).
Albo inaczej: o nic nie musisz pytać. Bo jesteś wolnym człowiekiem. I możesz po prostu żądać tak, jak aktywista ESG ma to w zwyczaju. Ale jeśli bez pytania wprowadzisz nieprzemyślane regulacje, to zaraz się okaże, że rolnictwo UE nie będzie się mogło rozwijać… a Tobie zostanie kupować żywność z importu, często z krajów, gdzie zużycie środków jest znacznie większe.
Wiele tzw. ambitnych celów (np. ambitne cele klimatyczne) do tego prowadzi. Europa importuje coraz więcej płodów rolnych. Uwaga: dla wnikliwych – tak, Europa też coraz więcej eksportuje… ale dane pod linkiem dotyczą wartości w euro, nie tonażu. Generalnie eksportujesz towary w wyższych cenach, niż importujesz. Czyli pod rosnącą wartością importu wyrażoną euro kryje się zazwyczaj kolosalny wzrost ilości (ton) względem eksportu. Czujesz ocb?
Siurpryza
Trochę szkoda, że zwykło się negatywnie mówić o gospodarce rolnej. Jak się okazuje, rolnictwo w UE po prostu wymiata, jeśli chodzi o dbałość o środowisko – jest dobrze, a na pewno lepiej, niż gdzie indziej.
Polecam m. in. artykuł pokazujący, że UE lepiej wynagradza rolników… i każe im płacić więcej za paliwa. Czyli ktoś od ESG powinien powiedzieć, że na naszym podwórku mamy lepszą dbałość o społeczeństwo (przynajmniej to związane z rolnictwem!) i bardziej sprawiedliwe ponoszenie kosztów (bo skoro rolnik płaci więcej za paliwo, to bardziej sprawiedliwie płaci za degradację środowiska, do jakiej paliwa niechybnie się przyczyniają – c’nie?).

Wrzucam też tabelkę z ww. artykułu Arkadiusz Zalewski – dzięki za dane – kradnę 😉. Link do postu Arka o tym.
Możesz też spojrzeć na dane, jakie publikuje FAO (do cholery, bo jak już porównywać, to z wysokiego poziomu😉) – widać wyraźnie, że Europa zużywa mniej nawozów niż inni.

Podobna historia dotyczy też zużycia pestycydów. Realnie, Europa zużywa coraz mniej.

Najbardziej ekologiczne regulacje to te, jakie nie powstaną
Przyjrzyj się jeszcze raz danym dot. rolnictwa i wyjaśnij mi, proszę, po co więcej regulacji?
Myślę, że warto zabrać ze sobą taką maksymę: „środowisko potrzebuje ochrony, ale to nie znaczy, że potrzebuje więcej ochrony”. Lub po prostu less is more. Czujesz już, jaki błąd popełniamy, serwując kolejne regulacje dla rolników?
Ale czy tylko rolnikom się dostaje?
Nowe miasto, stara śpiewka
Rolnictwo to tylko jeden z przykładów. Jest też gospodarka ściekowa i przemysł chemiczny. UE chce, żeby oczyszczalnie oczyszczały ścieki z zanieczyszczeń np. farmaceutyków. To i inne zadania będą wymagały kilkuset miliardów na realizację. W zamyśle, koszty oczyszczania mają ponosić producenci chemikaliów (np. farmaceutyków), bo to przecież ich „pyszności” trafiają przecież do wód. Więc potrzebne jest to całe raportowanie środowiskowe, żeby żaden syf się nie przecisnął, nie?
Tylko tu też pojawiają się schody – Polska oprotestowała to rozwiązanie. Skandal – czyżby? Przypomnijmy, że UE (w tym Polska) importuje ogromne ilości chemikaliów (za 2019 r tylko w przypadku substancji czynnych dla przemysłu farmaceutycznego było to aż 5,5 miliona ton! Jak pokazuje życie, importerzy nie zapłacą (lub nie zapłacą szybko), więc ciężar regulacji poniesie rodzimy przemysł.
Zatem można (lub należy?) mieć obawę, że dodatkowy koszt zachęci producentów by wynosili się poza UE. Chemikalia zostaną, zmieni się tylko kraj pochodzenia. I pieniędzy na usuwanie chemikaliów dla branży wod-kan jak nie ma, tak nie będzie.
To nie jest konflikt między branżą a producentami. To jest naturalna reakcja rynku na kolejne przeregulowanie – czy się mylę?
I są też drzwi do lasu 😉
Mój ostatni konik – nieprzemyślane regulacje w gospodarce leśnej (drewno, meble, papier itd.). I to jest niezła zagwozdka, bo lesistość UE ogólnie rośnie (i na pewno rośnie w Polsce).
Ale zamiast zwykłego „fajnie, że Polska stworzyła nam więcej lasów niż było kiedyś (a przy okazji zarobiła na tym parę złotych)” branża słyszy raczej, że leśnictwo jest wrogiem ekosystemu. A urzędnicy unijni chcieliby mieć większy wpływ na zarządzenie leśnictwem. Z resztą, to nie jest problem tylko Polski. Na przykład taka Finlandia pokazuje, że wprowadzenie unijnych pomysłów przyniesie wysoki wzrost kosztów pozyskania drewna (podają nawet 18%, zależnie od czynników). I przypomnieć należy, że to tylko wzrost kosztów pozyskania. A gdzie koszt przestojów, transportu i inne, które wpływają na to, ile Ty płacisz za produkt w sklepie?
Nic dziwnego, że okazję wietrzą importerzy, którzy zapychają dziurę tanim towarem z krajów, gdzie o środowisku się po prostu „nie myśli” (czyt. nie ma tam opowiadania o ESG) – m. in. skandal z importem z Rosji.
Lądujmy
Długo gadać. Konkluzja jest jasna: nadmiar regulacji przynosi ogromne reperkusje. Między innymi takie, że UE jest na dobrej drodze do rozbrojenia się ze zdolności wytwórczych (leki, żywność, drewno… paliwa?). Zamiast tego UE de facto stawia na import. Innymi słowy: eksportuje naszą sprawczość daleko poza horyzont, często do miejsc, gdzie nie mamy wpływu na ochronę środowiska. A w zamian za to importujemy liczne szkody.
Wbrew temu jak stawiają sprawę aktywiści od ESG nie ma czegoś takiego jak „świat wolny od szkód dla środowiska”. Czujesz to przez skórę, jak sądzę. Dlatego nie musisz godzić się na nieprawdziwą, idealistyczną narrację, że ESG i regulacje dadzą Ci błogostan. Jedyny, racjonalny wybór, jaki masz, to dbać o gospodarkę, by dalej mogła szkodzić… ale przy okazji, żeby dawała znacznie więcej korzyści niż szkody, które generuje.
Szkodzić też trzeba umieć
Paradoksalnie – rozmowa o ochronie środowiska to rozmowa o tym, jak szkodzić mądrze. I to wymaga realistycznej rozmowy nie tylko o zagrożeniach, ale i korzyściach, jakie osiągamy… a których osiągnąć nie moglibyśmy, gdyby nie te zagrożenia. I o tym, czy naprawdę jesteśmy gotowi spisać te korzyści na straty. Bo często nie jesteśmy.
Niestety jest to dyskusja kompletnie nie przystająca do dziwnego tworu, jakim stał się aktywizm tzw. eko i ESG. Jedyna dyskusja jaka obecnie dziś przystaje, to „no dobra, to kiedy wyłączymy tę gospodarkę, żeby środowisko było wreszcie bezpieczne?”.
Nie sądzę, żeby to było dobre ani bezpieczne.
To nie jest o rzucaniu kamieniami w koleżanki i kolegów z kręgów ESG i aktywizmu eko. To jest o tym, czy Ty rzeczywiście zgadzasz się na to, co w Twoim imieniu się mówi, o potrzebie głębszych regulacji i bardziej ambitnych celów.
inż. Jan Kolbusz – Główny Technolog, Szef Sprzedaży Mikrobiotech, Członek Rady Naukowej Instytutu Technologii Mikrobiologicznych w Turku. Inżynier środowiska, specjalizuje się w innowacyjnych metodach przetwarzania odpadów o charakterze biodegradowalnym, zwolennik gospodarki bezodpadowej i biologicznych metod przetwarzania odpadów.
Ukończył inżynierię środowiska na SGGW w Warszawie oraz studia magisterskie (Master of Science) na University of Missouri, Columbia.W Mikrobiotech przygotowuje audyt dla klienta wraz z propozycją rozwiązań. Nadzoruje proces wprowadzania technologicznych rozwiązań optymalizujących zarządzanie odpadami. Pomaga także organizować dystrybucję produktu do odbiorców.
