Jestem zwolennikiem kierowania osadów ściekowych do rolnictwa (lub polepszaczy czy nawozów, jakie powstają z osadów). Tylko w zeszłym roku pomogliśmy wdrożyć ponad 30 takich produktów, a w tym roku jeszcze nawet nie zdążyłem policzyć, bo roboty sporo (np. ostatni projekt w Kościanie). Ale za każdym razem, kiedy o tym mówię, to pojawia się szereg wątpliwości – mikroplastik, PFAS, farmaceutyki i inne pyszności, które idą z osadami w pola. Co z nimi? Kto połknie odpowiedzialność za nie?
Stop. Odwracam tę dyskusję. To ja pytam (w imieniu branży): kto poniesienie odpowiedzialność za zakaz kierowania osadów ściekowych do rolnictwa. Bo jeśli wydaje ci się, że to jest tak proste jak „zakazać i będzie spokój”, to znaczy, że nie rozumiesz skali zjawiska.
W głowie się nie mieści
Polska wytwarza jakieś 2,5 – 3,5 miliona ton komunalnych osadów ściekowych (wg tzw. masy mokrej – uwaga, GUS raportuje masę suchą, ale trzeba wziąć pod uwagę, że osad to jakieś 80 – 85% wody). Przynajmniej tyle mamy w oficjalnych statystykach (1). To dużo, bo jakieś 70 do 100 kg na głowę. Dla porównania – odpadów komunalnych mamy jakieś 380 kg na głowę (2) i problemów tyle, że w głowie się nie mieści! Jeśli nadal myślisz, że tu wystarczy po prostu zakazać… to pomyśl jeszcze raz.
Chcieć to móc – tak, to prawda. Ale chcieć zmienić przepisy, a móc przygotować rynek na ich wdrożenie, to dwie różne rzeczy. Konkretnie: różni je jakieś 10 – 20 lat (i przy założeniu, że tryby gospodarki będą nadal tak mocno smarowane urzędniczą niemocą, jak dotychczas… a na zmianę się zanosi). Bo tyle będą trwały protesty mieszkańców, uzyskiwanie pozwoleń, zezwoleń i innych decyzji… a dopiero na koniec budowa instalacji. Do tego czasu lukę infrastrukturalną i tak zapełni rolnictwo. Nie dlatego, że Janek albo ktoś z oczyszczalni tak sobie wymyślił. Dlatego, że nie ma innej możliwości.
Nie ma tajemnic: wiadomo, że trudne odpady, którymi są osady, trzeba będzie w końcu spalić albo zwęglić (karbonizacja, piroliza, zgazowanie) i przynajmniej w ten sposób próbować odzyskać z nich trochę energii. I Polska nawet to robi… tylko że skala zjawiska jest za mała. Obecne instalacje spalające osady mogą przyjąć ok. 18% osadów, jakie Polska wytwarza (3). Co z resztą?
I w kieszeni też się nie zmieści (choć miejsca w niej dużo, bo pusta)
Czujesz już, o czym będziemy rozmawiać teraz? Oczywiście: o kasie. Pytanie przeradza w niewybredne „z której ze swoich kieszeni chcesz sfinansować budowę nowych instalacji?” I dalej „z której następnej kieszeni chcesz dołożyć do zakupu energii lub nośników, żeby prowadzić proces spalania osadów?”. Bo osady są mokre i – poza kilkoma wyjątkowymi technologiami – wymagają dużych nakładów energii, żeby jakąkolwiek energię z nich uwolnić. Na chłopski rozum – mokre się nie pali (a po inżyniersku – wysokie ciepło parowania wody zabiło już niejeden pomysł racjonalizatorski).
Pytania są trudne… ale już umiem na nie odpowiedzieć. Pieniędzy nie ma, nie było i nie będzie. Przecież ten temat wałkujemy od lat (patrz dywagacje jeszcze sprzed 12 lat) i nikt nie ma i nie miał odwagi przetasować kasy tak, żeby powstała odpowiednio gęsta sieć spalarni. Dlatego z łatwością zakładam okulary, przez które widać przyszłość. One po prostu wyświetlają mi motto „przeszłe dokonania (lub ich brak) to najlepsza prognoza przyszłych dokonań (i ich braku)”.
No dobra, to jakie są rozwiązania?
1. Akceptacja dla nowych technologii
Ludzie to niewiarygodne stworzenia – wszystko umieją wymyślić… Czyli to, że technologii „nie ma”, nie znaczy, że ich nie ma naprawdę, a po prostu znaczy, że mało o nich słychać lub trudno się im przebić przez kolejne warstwy urzędowych „ułatwień”.
Są np. technologie, które pozwalają zwęglać osady na mokro (HTC lub karbonizacja hydrotermalna), a to ogromna korzyść, bo tu osadów nie trzeba suszyć. Przypominam, że to właśnie suszenie wymaga koszmarnych ilości energii i zabija ekonomikę w standardowych procesach przetwarzania. I wolno mi tu zrobić niesponsorowaną kryptoreklamę, bo nie jest tajemnicą, że pomagam ekipie Schwander Polska przy badaniach nad wykorzystaniem HTC w gospodarce osadowej. Trzymam kciuki i szacun za odwagę!
2. Współspalanie odpadów w istniejących kotłach (węgiel, biomasa)
Wciąż nie palimy odpadami w istniejących kotłach (czujesz jak bardzo zaoszczędzilibyśmy na kosztach inwestycyjnych, gdyby nie musieć budować nowych instalacji tylko pod odpady?). I to nie dlatego, że fizycznie się nie da. Fizycznie się dai inżynierowie już dawno te problemy rozwiązali (albo rozwiążą nowe, jeśli się pojawią). Tylko ustawodawca się upiera, że nie wolno. Bo protesty mieszkańców. Bo fanatyczni antyspalarniowcy. Bo oderwane od rzeczywistości pomysły o tym, że można zrobić 100% recyklingu (podpowiedź: nie można).
Co więcej, gdyby teraz ustawodawca jednak przełamał te opory i zgodził się na współspalanie… to zaraz nawet organizacje branżowe spalarni odpadów podniosłyby larum (co rozumiem, bo mają biznes, o który muszą dbać). Koalicja antyspalarniowców i spalarni przeciwko spalaniu odpadów to szalony pomysł, który jednak umiem sobie wyobrazić.
Pozostaje mi jednak nadzieja, że ustawodawca przerwie ten węzeł gordyjski i pozwoli na najbardziej logiczne rozwiązanie – duży kocioł, co dużo pali? Ile może przyjąć odpadów bez pogorszenia jakości pracy? To niech przyjmuje!
3. Koniec z domniemaniem szkód dla środowiska
Wiesz, co jest megabarierą przy inwestycjach? To, że instalacja, która się modernizuje tak, by zmniejszyć ilość odpadów, musi robić wszystkie kwity środowiskowe prawie od zera. Nowa decyzja środowiskowa, nowy raport oddziaływania na środowisko, nowa kontrola WIOŚ itd. To po co robić cokolwiek? To przecież stoi na głowie. Wyobrażam sobie, że można stworzyć ramy prawne, gdzie inwestycja celująca w ograniczenie wpływu na środowisko jest traktowana jako zmiana niewymagająca nowych kwitów. Ustawodawca nie wie, jak to zrobić? Spoko. Niech zapyta branżę. Branża wie, tylko dalej nie jest powszechne pytanie jej o zdanie.
Ostanie przykazanie – czym algorytm nakarmisz, tym się potem nasycisz
Tu odezwa do Ciebie: jeśli wydaje ci się, że problem jak „osady w pole” (lub każdy inny!) jest prosty i aż dziw cię bierze, że nikt go nie rozwiązuje… to może rzeczywiście masz ponadprzeciętne IQ i zdolności. Ale jest też szansa (często większa), że tylko tak ci się wydaje i raczej pora na to, by usiąść i słuchać, zamiast mówić, co robić, pytać o to, co należałoby zrobić.
Dlatego moja gorąca prośba – zacznij wyrabiać w sobie przyzwyczajenie, by w pierwszej kolejności problem zgłębić. A dopiero potem żądać zmian. Wiem, że to trudne. Sam z tym walczę. Ale wystarczy, żeby twoje kliknięcia nie zasilały gównoburz, jakich i tak dużo w przestrzeni publicznej. Niech twoje kliknięcia nie zasilają algorytmu. To z kolei zmniejszy szansę, że jakiś parcie-na-szkło polityk podchwyci gównoburzę i zaserwuje nam kolejny kiepski przepis o robieniu świata bajkowo pięknym.
Pamiętaj: ochrona środowiska to zawsze wybór rozwiązań złych albo jeszcze gorszych. Ty mi powiedz, co jest gorsze: osady w polu (i przynajmniej jakiś odzysk substancji nawozowych) czy 10 – 20 lat stawiania tego od nowa i upychanie osadów w dziurach poza legalnym obiegiem? Masz inne rozwiązania? Chętnie się dowiem. Naprawdę chętnie się dowiem, bo chcę wiedzieć, co wiedzą ci, którzy myślą inaczej niż ja.
(1) Twarde dane masz tu. Pobierasz tabele, idziesz do Działu 3 i tam tablica 59 (105) i widzisz, że w PL powstało 556,6 tys. t. suchej masy osadów. Jeśli weźmiesz pod uwagę, że osady mają ok. 15 – 20% suchej masy (80 – 85% wody), to dojdziesz do wniosku, że patrzysz na ok. 2,5 – 3,5 miliona ton mokrego „syfu” do ogarnięcia. Czujesz? Wod-kan czuje.
(2) To samo źródło co wyżej. Dział 6. Tablica 9 (243) – jak wół stoi, że wytwarzamy 377 kg/mieszkańca. Przyznać się, kto ma mniej, a kto więcej?
(3) To jest na kolanie wyliczone na podstawie danych z tego raportu z roku 2019. Nie kojarzę, żeby od tamtej pory powstały nowe spalarnie osadów (powstały?)
inż. Jan Kolbusz – Główny Technolog, Szef Sprzedaży Mikrobiotech, Członek Rady Naukowej Instytutu Technologii Mikrobiologicznych w Turku. Inżynier środowiska, specjalizuje się w innowacyjnych metodach przetwarzania odpadów o charakterze biodegradowalnym, zwolennik gospodarki bezodpadowej i biologicznych metod przetwarzania odpadów.
Ukończył inżynierię środowiska na SGGW w Warszawie oraz studia magisterskie (Master of Science) na University of Missouri, Columbia.W Mikrobiotech przygotowuje audyt dla klienta wraz z propozycją rozwiązań. Nadzoruje proces wprowadzania technologicznych rozwiązań optymalizujących zarządzanie odpadami. Pomaga także organizować dystrybucję produktu do odbiorców.

