Stawiasz ciepłownię, palisz czystą biomasę, zostaje popiół – dobry nawóz, o czym wiedział już starożytny Rzym. Chcesz go wprowadzić do obrotu? Urzędnik mówi: to odpad, szoruj po papiery. Dwa do pięciu lat i worek pieniędzy później okazuje się, że prawo wcale tego nie wymagało. Pokazuję, jak wyjść z tej pułapki, korzystając z narzędzi, które już mamy. Bez żadnej nowej ustawy.
Te wszystkie „spece” od papierów odpadowych zarabiają za dużo. Wiem, bo podobno sam jestem jednym z nich. I chcę to zmienić. Konkretnie: chcę doprowadzić do tego, by gros dupogodzin, które giną nad papierami przestały być potrzebne. Nie tylko u mnie. Przede wszystkim w urzędach, inspektoratach, ministerstwach… a już na pewno u moich klientów. Spece sobie znajdą pracę (ja też), ale najważniejsze jest to, że gospodarka nie potrzebuje obciążenia papierami (deregulacja – ktoś, coś?).
Gdy USA i Chiny prześcigają się w lotach w kosmos i technologiach półprzewodników, my przerzucamy się kwitami, żeby udowodnić, że produkty nie są odpadami. I – jak się okazuje – prawo wcale tego nie wymaga. To tylko taki styl działania, który urósł jak zbędne kilogramy po zimie. Zróbmy z tym coś (i nawet proponuję, co – czytaj niżej)!
Przykład: stawiasz ciepłownię i palisz w niej czystą biomasę (zrębka z czyszczenia lasów). Powstaje popiół. Na marginesie – już starożytny Rzym wiedział, że popiół to nawóz. Zatem, uznajesz że wprowadzisz taki popiół do obrotu, bo to po prostu sensowne…
…a tu siurpryza. Bo urzędnik mówi, że popiół występuje w katalogu odpadów, więc oczywiście jest odpadem. Czyli, jak chcesz sobie coś z takim popiołem zrobić, to szoruj po papiery na przetwarzanie odpadów. W praktyce: cofnij się o 2 do 5 lat, bo tyle się te papiery wysiaduje (i zapłać Jankowi lub innych specom worek pieniędzy za ogarnięcie tego).
To się nazywa „domniemanie statusu odpadu” i nasz ustrój odpadowy jest tym przesiąknięty. Ale to nie wynika z prawa. To bardziej taka nasza „maniera”, z którą żyjemy od tak dawna, że w końcu przestaliśmy kwestionować i uznaliśmy za coś normalnego.
To chcę przewrócić. Inaczej: wspólnie musimy to przewrócić, bo inaczej utopimy się w niepotrzebnej biurokracji. To będzie kosztować za dużo i gospodarka tego po prostu nie uniesie.
Na szczęście da się to zrobić inaczej. Bo dyrektywa odpadowa oraz orzecznictwo TSUE jasno pokazują, że nie trzeba uznawać za odpad tych rzeczy, które obiektywnie są użyteczne, bezpieczne itd. Czyli w świetle prawa taki popiół mógłby trafić do obrotu bez niepotrzebnych hocków-klocków.
Co dalej? Rzuć okiem w załącznik, w którym opisuję, jak wyjść z pułapki domniemania statusu odpadu. Ważne: możemy to wdrożyć już teraz, czyli korzystając z tych narzędzi, jakie już są dostępne. Nie trzeba żadnych nowych ustaw.
PS to nie jest porada prawna. To jest twórczość Janka K. i zaproszenie do dyskusji. Chcę wiedzieć, gdzie Twoim zdaniem coś mi się pomyliło. Przy okazji – jeśli zobaczysz tam coś, co Ci się przyda, to bierz jak swoje.
A jak nie chcesz czytać ww. eseju, to czytaj wersję skróconą poniżej.
Nie, nie da się i koniec?
Bo wiesz, może naprawdę się mylę. Może rzeczywiście lepiej jest, jeśli co do zasady wszystko uznamy za odpad, skontrolujemy i zatrzymamy. Brzmi jak „ależ oczywiście, że tak! Trzeba być ostrożnym, bo nie wiadomo, co tam w ten popiół wrzuciłeś” – czyż nie?
Nie, nie brzmi. Wsłuchaj się dokładnie w istotę sporu. To jest wołanie o papier dla papieru, a nie dbałość o środowisko. Nikt nawet nie wie, dlaczego popiół miałby być pacjentem specjalnym (jakie parametry, jakie badania przeprowadzić?) i nikt nie wgryzł się w ocenę techniczną ani naukową sprawy. Bo gdyby ktoś się wgryzł, to pewnie zaraz okazałoby się, że nic temu popiołowi nie dolega, więc papiery są niepotrzebne. Ale każdy wie, że dla świętego spokoju można nakazać stworzyć teczkę kwitów… więc się to nakazuje.
I tak rodzi się potrzeba, na niepotrzebny papier. I tysiące dupogodzin dla speców😉. Bo jak zgodzisz się, że Twój popiół jest odpadem, to żeby zrobić z niego produkt, musisz mieć coś, co się nazywa zezwolenie na przetwarzanie odpadów (a przedtem decyzję środowiskową). W sumie musisz przejść przez ścieżkę zdrowia, która prowadzi przez 6 albo 7 organów (naprawdę, policzyłem – patrz niżej). Po to, by udowodnić, że coś co już w chwili wytworzenia jest obiektywnie użyteczne, bezpieczne… jest takim również na papierze. Stracisz na to jakieś 2 do 5 lat. Nie, to nie jest żart.

Czasem zamiast zezwolenia na przetwarzanie można to zrobić nieco prościej, czyli przez zmianę albo uzyskanie pozwolenia emisyjnego (np. pozwolenia na wytwarzanie odpadów). Pokazywaliśmy to na przykładzie innych substancji powszechnie uznawanych za odpady. Tam się udało. Może Tobie też się uda?
Ale tu nie chodzi o to, jaki papier dobrać, żeby było dobrze. Tu chodzi o to, żeby pokazać absurd sytuacji, że niby jakikolwiek papier „odpadowy” jest potrzebny.
Bo spójrz – o tym, czy coś jest odpadem decydujesz Ty. Co do zasady odpadem jest to, czego Ty się pozbywasz lub chcesz pozbyć. Jak nie chcesz się pozbyć (bo zamierzasz dalej użyć), to odpadem to nie jest. To nie jest tak, że jak substancja widnieje w katalogu odpadów to jest „predestynowana” do uznania za odpad.
I na ten temat napisano już wiele (patrz m.in. te wyroki TSUE odnoszące się do spraw:
Konkluzja (w przybliżeniu) jest bardzo prosta: to zachowanie posiadacza rozstrzyga o tym, czy substancja jest odpadem czy nie… ale też z pewnymi ograniczeniami.
Bo wiadomo, że każdy mógłby sobie zadeklarować, że się nie pozbywa i wtedy nie ma odpadu. A to byłoby nie fair. Dlatego status odpadu należy ustalić w odniesieniu do nadrzędnego celu regulacji. Czyli ochrony środowiska, zdrowia itd. Dlatego, jeśli analizowana substancja już w chwili wytworzenia jest bezpieczna, użyteczna, spełnia wymagania itd., to nie należy uznać jej za odpad.
Pytanie o status odpadu sprowadza się zatem do odpowiedzi na pytania:
(1) chcesz się pozbyć (TAK/NIE);
(2) czy masz obiektywne analizy pokazujące, że ten siuwaks jest rzeczywiście użyteczny, bezpieczny i spełnia normy (TAK/NIE)?
Jak są dwie odpowiedzi TAK, to nie ma odpadu. To działa jak magia, bo jednym prostym ruchem pozwala tysiącom dupogodzin wyparować. Zamiast uporczywego formalizmu wchodzi rzetelna naukowo-techniczna analiza.
Dupogodziny można wtedy poświęcić na optymalizację technologii, szukanie klientów i kontrahentów czy czytanie książek – co kto woli. Taka deregulacja w końcu uwolni dość czasu, żebyśmy mogli stanąć do poważnej konkurencji z innymi gospodarkami. Nie musimy od razu bić się na rakiety i półprzewodniki z USA, Chinami itd. Wystarczy na początek, że usuniemy piach, który sami sobie w tryby pchamy.
inż. Jan Kolbusz – Główny Technolog, Szef Sprzedaży Mikrobiotech, Członek Rady Naukowej Instytutu Technologii Mikrobiologicznych w Turku. Inżynier środowiska, specjalizuje się w innowacyjnych metodach przetwarzania odpadów o charakterze biodegradowalnym, zwolennik gospodarki bezodpadowej i biologicznych metod przetwarzania odpadów.
Ukończył inżynierię środowiska na SGGW w Warszawie oraz studia magisterskie (Master of Science) na University of Missouri, Columbia.W Mikrobiotech przygotowuje audyt dla klienta wraz z propozycją rozwiązań. Nadzoruje proces wprowadzania technologicznych rozwiązań optymalizujących zarządzanie odpadami. Pomaga także organizować dystrybucję produktu do odbiorców.
