Reforma czy pozorna zmiana? Spór o decyzje środowiskowe

Podobno ustawodawca chce zabrać gminom, a przekazać starostom, kompetencję wydawania decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach. Co o tym sądzisz? Czy to powinno zostać przy gminach jak dotychczas, czy jednak powinno pofrunąć do starostów?

Dlaczego to ważne? Bo wydawanie DoŚU to gorący kartofel. I nie jest ważne, kto go dostanie w prezencie. Ważne jest, by proces dobrze działał. A na optymalizację jednak się nie zanosi… Poniżej schemat procesowy uzyskiwania DoŚU z punktu widzenia urzędnika, który miał dość pecha, by zderzyć się z tym. Chciałbym, żeby to był żart. Ale nie jest. To z życia wzięte.

blank

Są głosy za i przeciw

Są tacy, którzy twierdzą, że w starostwach łatwiej o zatrudnienie osób z większymi kompetencjami. Poza tym starostowie już i tak zajmują się wieloma innymi decyzjami (pozwolenie na budowę, pozwolenie na wytwarzanie odpadów, niektóre zezwolenia na przetwarzanie odpadów). To może warto mieć wszystko na jednym biurku?

A w gminach bywa różnie. Utkwił mi w pamięci ten komentarz wyłuskany gdzieś w czeluściach internetu „kiedyś czekaliśmy na DoŚU bardzo długo, bo jedna i ta sama pani miała pod sobą wszystko, nawet schroniska dla psów”. Może coś w tym jest?

Decentralizacja – martwy slogan?

Idea decentralizacji władzy zawsze mi się kleiła. I jakoś smutno mi się robi na myśl, że kolejne decyzje byłyby przesuwane bliżej centrum (nawet jeśli starostwo to nadal dość niski szczebel władzy). Po prostu uważam, że gmina zna swój teren lepiej niż zna go powiat. I to tak naprawdę gmina ponosi skutki kiepskich decyzji. Weźmy chociaż kontekst utrzymania czystości i porządku, zaopatrzenia w wodę i ścieki czy sprawy infrastruktury energetycznej. Przecież to wszystko leży w gestii gminy, a w obecnych uwarunkowaniach nie da się tego robić bez całego stosu DoŚU dla różnych instalacji wchodzących w skład instalacji.

Więc skoro to i tak gmina ponosi odpowiedzialność za skutki decyzji… to czy nie powinna też mieć decyzyjności? Czy starosta jest tu potrzebny?

Przepustowość systemu?

Gmin jest w Polsce prawie 2500, a powiatów „tylko” 380. Oczywiście te liczby są mocno zaokrąglone (bo są gminy np. gminy „obwarzanki”, a przy powiatach jest jeszcze podział na powiaty grodzkie i ziemskie). A

le konkluzja jest prosta: gmin jest więcej i trzeba zapytać, czy powiaty mają przepustowość, żeby skutecznie zaabsorbować cały workflow tysięcy urzędów gmin. Mają? Na pewno?

Tak źle i tak niedobrze? Naprawdę?

Nieważne, komu dopniemy DoŚU do listy zadań, bo i tak się tym zatka. Problem nie jest w tym „kto”, a „jak”.

Uważam, że nie mamy ustalonego, sprawnego modelu wydania DoŚU. To, że to w ogóle jakoś chodzi to prawie cud! I dowód na to, że ludziom jeszcze coś się chce robić, pomimo całej masy zachęt, by jednak olać to kompletnie.

Bo choć czasem piszę, jakbym był przeciwko urzędnikom, to tak naprawdę nie chodzi o to.

Chodzi o to, że po ludzku szanuję, że ludzie jeszcze w ogóle ciągną ten wózek – bez kół, z krzywym dyszlem i wciąż zmieniającym się, politycznie nadanym woźnicą, który ciągnie w swoją stronę – ale jakoś ciągną. Osobiście stwierdzam: ja bym nie chciał tak pracować i cieszę się, że nie muszę. To nie jest o tym, że czuję się lepszy lub jestem czyimś wrogiem. To jest o tym, że czuję bezsens tej sytuacji. I szukam sposobu, jak to uzdrowić. Samo przerzucenie gorącego kartofla nie pomoże.

Podać rękę, żeby dobre przykłady mogły wstać

Ale nie jest tylko tak, że jest źle. Są miejsca, gdzie sprawy idą szybko a procedury są sensownie poukładane. Dlatego mam propozycję: niech minister zrobi kwerendę np. 100 gmin i sprawdzi, ile DoŚU wydają i w jakim czasie. I niech rzetelnie sprawdzi dlaczego jedne prowadzą postępowania znacznie szybciej niż inne.

Statystyka nie kłamie. Jeśli robisz coś szybciej niż 95 pozostałych, podobnych do Ciebie, to znaczy, że coś robisz inaczej – lepiej. Zazwyczaj tkwi w tym jakaś dobra praktyka, która aż prosi się, by ją nazwać i zaproponować innym. Logiczne, nie?

I może się wtedy okazać, że nie trzeba robić pierestrojki (i ponosić kosztów związanych ze zmianą systemu!), bo można jechać dalej na tym, co się ma. Tylko trzeba to usprawnić.

To w końcu gmina czy starosta?

Daj znać, jak myślisz, że powinno być. Czy DoŚU powinno zostać w gminach, czy jednak powinno pofrunąć do starostów? Jak to uzasadnisz?

Post scriptum 1, czyli plaster na szybko, na teraz

Jak przyspieszyć wydawanie DoŚU bez radykalnej zmiany systemu? To proste.

Załączać do wniosku projekt wnioskowanej decyzji. Dzięki temu organ dostałby do realizacji zadanie zamknięte (idź punkt po punkcie i odhaczaj – zgoda/brak zgody/do zmiany) zamiast zadania otwartego (wymyśl czy lub ile drzew inwestor ma posadzić w ramach mitygacji degradacji środowiska spowodowanej wykopami pod fundamenty😉).

Obecnie naprawdę trudno się na tym pracuje – zarówno inwestorom, jak i organom. Wszyscy znamy historie, gdzie KIP-y składane razem z wnioskami puchną do ponad 100 stron (i to bez załączników!), bo nikt nic z nich nie rozumie i każdy szuka tylko kolejnych dupokrytek i przywołuje kolejne paragrafy z kolejnych przepisów.

A to tylko KIP, a gdzie raport oceny oddziaływania na środowisko? Czujesz? Na koniec biedny urzędnik ma to przetrawić i napisać decyzję (sama w sobie bywa krótka – tylko kilka stron) i dodać kilkadziesiąt stron uzasadnienia.

Więc może pomogłoby tu dodanie projektu decyzji? Bo może pozwoliłoby lepiej usystematyzować to zadanie i dałoby szansę na ograniczenie tej niekończącej się „opuchlizny”? Jak myślisz?

Post scriptum 2

Aha, i nie byłbym sobą, jakbym nie wrzucił kamyczka do dyskusji: ustawodawca co do zasady nie ma bladego pojęcia o tym, co się naprawdę dzieje w terenie.

Pojęcie mają tylko ci, którzy się naprawdę zajmują pracą (a zbiór „ustawodawca” rzadko obejmuje tych, którzy naprawdę zajmują się pracą – sorry, not sorry).

Dlatego generalnie lepiej jest, jeśli pomysły na zmianę pochodzą z dołu, nie z góry. I dlatego uważam, że rozważania o zmianie systemu wydawania DoŚU powinny zacząć się od szczerego pytania: „ludzie, jakim cudem Wam się udało cokolwiek zrobić? Bo my tak naprawdę nie wiemy (choć w telewizji się chwalimy, że wiemy😉)”.

 

inż. Jan Kolbusz – Główny Technolog, Szef Sprzedaży Mikrobiotech, Członek Rady Naukowej Instytutu Technologii Mikrobiologicznych w Turku. Inżynier środowiska, specjalizuje się w innowacyjnych metodach przetwarzania odpadów o charakterze biodegradowalnym, zwolennik gospodarki bezodpadowej i biologicznych metod przetwarzania odpadów.

Ukończył inżynierię środowiska na SGGW w Warszawie oraz studia magisterskie (Master of Science) na University of Missouri, Columbia.W Mikrobiotech przygotowuje audyt dla klienta wraz z propozycją rozwiązań. Nadzoruje proces wprowadzania technologicznych rozwiązań optymalizujących zarządzanie odpadami. Pomaga także organizować dystrybucję produktu do odbiorców.

Fundusze RP EU
© mikrobiotech.pl 2026 Realizacja: Damtox.pl
Strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego jej działania oraz korzystania z narzędzi analitycznych, reklamowych i społecznościowych. Szczegóły znajdują się w polityce prywatności. Rozumiem i akceptuję